Marvel po raz kolejny wraca do symbiotów, Knulla i całego mrocznego zakątka swojego uniwersum. Tym razem jednak do gry wchodzi ktoś, kto zdecydowanie nie zamierza stać z boku. QUEEN IN BLACK #1 rozpoczyna nowy, pięcioczęściowy event, w którym Hela staje naprzeciw Knulla, a pomiędzy dwoma potężnymi siłami zła znajduje się cała masa bohaterów. Brzmi jak kolejny wielki crossover Marvela? Trochę tak. Na szczęście pierwszy numer pokazuje, że twórcy mają na niego konkretny pomysł, a ja, jako Flash-News.pl mogłem się mu przyjrzeć dzięki uprzejmości AtomComics.pl.
Za scenariusz odpowiada Al Ewing, natomiast warstwą graficzną zajął się Iban Coello. To duet, który mieliśmy już okazję oglądać przy VENOM WAR, więc trudno o lepszy wybór do historii, w której symbioty odgrywają tak istotną rolę.
ZŁO KONTRA ZŁO
Największym atutem pierwszego numeru jest sam punkt wyjścia. Knull, Bóg Pustki, przygotowuje kolejną armię, której celem jest zniszczenie Ziemi. Problem w tym, że zanim zdąży zrealizować swój plan, na miejscu pojawia się Hela wraz z legionem symbiotów.
I właśnie tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie.
Marvel nie próbuje przedstawiać tego konfliktu jako klasycznej walki dobra ze złem. Tym razem mamy zło kontra zło, a bohaterowie zostają wrzuceni dokładnie pomiędzy dwa potężne żywioły. To bardzo dobry kierunek, ponieważ pozwala Ewingowi wykorzystać zarówno mitologię Heli, jak i symbiotyczną mitologię Knulla bez konieczności robienia z któregoś z nich typowego superbohaterskiego antagonisty. W centrum wydarzeń znajdują się między innymi Venom, Mary Jane i Dylan Brock. Szczególnie interesująco wypada właśnie ten ostatni, ponieważ określenie go mianem „Syna Venoma” nie jest tutaj wyłącznie efektownym hasłem marketingowym. Dylan zostaje postawiony w sytuacji, w której jego związek z symbiotami może mieć znacznie większe znaczenie, niż początkowo można przypuszczać.

Ewing WIE, JAK BUDOWAĆ EVENT
Pierwszy numer nie próbuje od razu wrzucić czytelnika w gigantyczną finałową bitwę. I bardzo dobrze. QUEEN IN BLACK #1 pełni przede wszystkim funkcję otwarcia historii. Ewing buduje napięcie, przedstawia strony konfliktu i stopniowo pokazuje, jak ogromne konsekwencje może mieć starcie Heli z Knull’em. Dzięki temu komiks nie sprawia wrażenia przypadkowego spotkania dwóch popularnych postaci tylko dlatego, że Marvel potrzebował kolejnego eventu.
Jednocześnie trzeba przyznać, że momentami czuć tutaj typową dla współczesnego Marvela chęć upchnięcia jak największej liczby elementów. Symbioty, Asgard, Hela, Knull, Venom, Mary Jane, Dylan i cała plejada bohaterów. To sporo jak na pierwszy zeszyt. Na szczęście Ewing nie pozwala, żeby ten chaos całkowicie wymknął się spod kontroli.
IBAN COELLO ROBI ROBOTĘ
Jeżeli jednak miałbym wskazać jeden element, który najbardziej przekonał mnie do tego numeru, byłaby to zdecydowanie warstwa graficzna.
Iban Coello świetnie odnajduje się w świecie symbiotów. Jego projekty są dynamiczne, agresywne i mają odpowiednią dawkę groteski. Kiedy na jednej stronie pojawiają się Hela, symbioty i ogromne kosmiczne konstrukcje, komiks naprawdę wygląda jak wielkie wydarzenie Marvela. Coello szczególnie dobrze radzi sobie z przedstawianiem potęgi postaci. Hela nie wygląda tutaj jak kolejna bohaterka w kostiumie. Ma odpowiednią prezencję i aurę kogoś, kto rzeczywiście może stanąć naprzeciw Knulla. A właśnie tego potrzebuje taki komiks. Nie wystarczy powiedzieć czytelnikowi, że mamy do czynienia z dwoma potężnymi przeciwnikami. Trzeba jeszcze sprawić, żeby ich obecność na planszy wyglądała jak wydarzenie. Coello zdecydowanie to potrafi.

TRUE BELIEVERS – ŚWIETNY POMYSŁ DLA KOLEKCJONERÓW, ALE…
Osobną kwestią jest samo wydanie True Believers. Marvel zdecydował się tym razem na formułę Blind Bag. Czytelnik kupuje zapakowany egzemplarz, ale nie wie, którą z przygotowanych wariantowych okładek otrzyma.
I tutaj zaczyna się prawdziwa loteria. Wydanie True Believers ma własną pulę okładek, a poszczególne warianty są losowane z blind bagów. Co ciekawe, nie są to po prostu kopie standardowej okładki A — True Believers otrzymało własny zestaw wariantów. Dla kolekcjonerów może być to naprawdę fajna zabawa. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś chce zdobyć konkretną okładkę. Wtedy zamiast zwyczajnie kupić interesujący wariant, musi liczyć na szczęście albo później szukać konkretnego egzemplarza na rynku wtórnym.
Sam pomysł jest więc ciekawy, ale zdecydowanie bardziej podoba mi się jako dodatek kolekcjonerski niż sposób na dystrybucję komiksu. Tym bardziej że liczba wariantów jest naprawdę duża. Marvel przygotował dla pierwszego numeru między innymi okładki Peach Momoko, J. Scotta Campbella, Skottie Younga, Iban Coello, Jehyunga Lee, Chipa Zdarsky’ego i Johna Romity Jr. Ja ze swojego trafu jestem niezwykle zadowolony!

CZY WARTO?
QUEEN IN BLACK #1 nie jest komiksem, który próbuje wymyślić Marvela na nowo. To wielki, efektowny event z symbiotami, bogami, kosmicznym zagrożeniem i bohaterami, którzy znaleźli się w zdecydowanie niewłaściwym miejscu o zdecydowanie niewłaściwym czasie.
I wiecie co? To działa.
Największą zaletą pierwszego numeru jest to, że nie udaje czegoś, czym nie jest. To ma być wielka, komiksowa rozwałka, ale Ewing daje jej odpowiednie fundamenty fabularne, a Coello dostarcza oprawę, która potrafi sprzedać skalę tego konfliktu. Nie jestem jeszcze przekonany, czy cały event okaże się czymś więcej niż kolejną symbiotyczną historią Marvela, ale po pierwszym numerze zdecydowanie mam ochotę sprawdzić, co wydarzy się dalej. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką może dostać pierwszy zeszyt.
QUEEN IN BLACK #1 TRUE BELIEVERS to bardzo solidny start nowego eventu. Świetne rysunki, interesujący konflikt Heli z Knull’em i odpowiednio duża skala historii sprawiają, że Marvel po raz kolejny pokazuje, że kiedy daje Ewingowi symbioty, ten potrafi zrobić z nich coś więcej niż tylko kolejną bezmyślną bijatykę. Kupicie go na stronie AtomComics.pl!
Ocena Flash-News.pl: 8/10
